KUFELEK I TRĄBKA

Rzeczywiście, po wychyleniu kilku takich naczyń trudno było utrzymać się na własnych nogach. Czasy saskie więcej niż jakiekolwiek inne lubowały się w wy- stawności ucztowania, stąd naczynia do picia, a zwłaszcza piwa, musiały przybierać niezwyczajne formy: „kije szklane, długie z gałką na końcu obszerną, kwartę piwa zajmujące, kufelki z rurkami, którędy pić trzeba było, trąby i waltornie i szklanice półgamcowe o trzech obrączkach. Kij, kufelek i trąbka nie tak były przykrym naczyniem z przyczyny trunku, bo go niewiele zawierały, jako bardziej z sposobu picia, który był uprzykrzony, pijąc z kija albo trąbki trzeba się było dziwnie łamać i wyprężać w tył.

PUCHARY W SASKICH CZASACH

Puchary w saskich czasach bywały podobne temu, jaki opisuje w Encyklopedii Staropolskiej Gloger: wraz ze swą kryształową pokrywą puchar ten liczył 49 cm wysokości, u brzegu miał 15 cm średnicy, a mieściło się w nim 3 litry napoju. Oprócz stosow­nych herbów i ozdób napisy na pucharach były najczęściej łaciń­skie, czasami jednak trafiały się i polskie, jak: Mam tego za ba i bardzo, jako się on zowie,Który duszkiem nie wypił przyjacielskie zdrowie.W Moritzburgskim myśliwskim pałacyku Augusta II obok kolekcji podobnych „wilkomów” znajdowała się specjalna księga, do której wpisywali się panowie dotrzymujący królowi towarzy­stwa przy kielichu, a na tyle panujący jeszcze nad sobą, by móc pióro w ręku utrzymać.

W PAŁACACH I ZAMKACH

Kiedy gościem był wyższy duchowny, na „piramidzie” znajdowały się krzyże, infuły, po­bożne wizerunki. W czasie uczt ślubnych symbole i postacie alegoryczne wysławiały „gorącość uczuć”. W czasie styp były wy­obrażone symbole żałoby i wspomnienia czynów zmarłego. „Przy­był poseł od Porty (z Turcji) i na wyprawionej dla niego uczcie, zdziwiony ujrzał cały widok Stambułu i monarchę swego, wśród otaczającego go dworu.” W pałacach i zamkach pańskich sala bankietowa bywała cen­tralnym miejscem, najpiękniej zdobionym i najprzestronniej­szym. Tu stały w podkowę otoczone krzesłami i ławami stoły, nakryte tureckimi makatami, na których przed bankietem roz­kładano białe obrusy jeden na drugim, zdejmowane kolejno z każdą potrawą .

ZASOBNE SPIŻARNIE

Powróćmy jednak do spraw kuchennych. „W wielkich spiżar­niach na drągach wisiały kuropatwy i inne ptactwa dzikie, na marmurach leżała zwierzyna i mięsiwo, przed kuchnią na szubie- nicy (przypominającej nasze trzepaki) wisiały dziki, łosie, jelenie, sarny zbywające, do dalszego użycia.” O takich właśnie magna­ckich spiżarniach opowiada anegdota. Król Władysław IV z żonką Cecylią Renatą i licznym dworem czas dłuzszy zabawił w gościnie u Kazimierza Lwa Sapiehy w Różanie. Na wyjezdnym król rzecze żartem: „Objedliśmy podkanclerzego, czas wyjeż­dżać!” Wtedy Sapieha poprowadził króla do spiżarni mieszczącej się w trzypiętrowych piwnicach pod zamkiem i pokazał złożone zapasy. Zadziwiony król klasnąwszy w dłonie zawołał: „Mybysmy podkanclerzego i przez cały rok nie objedli!”

PRZY DOBRYCH CHĘCIACH

Zawsze jednak przy dobrych chęciach przepis obchodziło się zręcznym unikiem, a z biegiem lat pozornie przestrzegane, najsurowsze nakazy szły w zapomnienie. W początku XVI wieku opisano ucztę, jaką swoim kompanionom wydał jeden z ławników miejskich w podzięce za przyjęcie do bractwa religijnego zgrupowanego przy kościele Panny Marii: „Ugościł on z tej okazji wszystkich braci dając im kurczęta pie­czone, potem dziczyznę duszoną z musem jabłecznym; trzecią po­trawą była galaretka z cebulą; czwartą — pasztety. Piąte danie stanowiło mięso peklowane z chrzanem. Na końcu szedł ser i ma­sło. I dał im dwa rodzaje wina oraz dobre gdańskie piwo”     .

POLSKIE ZBOŻE

Z Wisłą poczęły płynąć do gdańskiego portu flisackie tratwy drewna, szkuty ze zbożem, ziemiopłodami, smołą, potażem i tym wszystkim, co Polska mogła oferować światu. Stąd szły w kraj poszukiwane i pożądane kosztowne tkaniny, południowe owoce, wina i korzenie.W XV wieku Gdańsk handlujący z całą Europą wysyłał rocz­nie 10 000 łasztów polskiego zboża. Ilość ta rosła, by w początku XVII stulecia przekroczyć 100 000 łasztów. Aby zdać sobie spra­wę z tej ilości, wystarczy policzyć — łaszt ważył około 2 ton (2 000 kg)! Gdańszczanie słali w świat swoje kogi i fleuty a bywa- : ło, że do ich portu przybijało dziennie po 50, a nawet 60 cudzo­ziemskich statków. Miasto, przeżywało wówczas szczyt rozwoju i rozkwitu.

DO MIODÓW I PIWA

Do miodów i piwa używano dzba­nów i dzbanków glinianych, kamiennych, niekiedy szklanych, zdobionych motywami roślinnymi lub malowanymi scenami. „Dzbanie mój pisany, dzbanie polewany…” — rymował Jan Ko­chanowski. Sławne były wówczas naczyhia zarowno cerarriiczne, jak metalowe, wychodzące z rąk rzemieślników sląskich: wro­cławskich, opolskich, brzeskich. Jako sztućce służyły noże i łyżki, które miały charakterysty­czny, gładki, zaokrąglony czerpak, zaś trzonek suto zdobiony zazwyczaj opatrzony napisem. Rej cytuje napis: ,^Kto mnie stąd wyniesie — pewnie go dar wzniesie” (w domyśle: aż na szubienicę jako złodzieja).,Bywały i inne napisy: „Bez łyżki zła strawa — chociaż dobra potrawa”, „Nie przebieraj, gdy coś dadzą, kiedy cię za stół posadzą”.

STOŁY PAŃSKIE

Na dworze zaś ‚ możnego pana owe starania spadały na zastępy służby. Stoły pańskie różniły się od stołu pospólstwa nie tylko smakowitością posiłku, lecz i bogactwem zastawy. Niewiele różniły się tylko rodzajem napoju — wszędzie królowały ulubione piwo i miody. U możnych bywały one zapewne smakowitsze, staranniej sycone, a i podawane w czarkach i pucharach ze rżniętego, prześlicznie barwionego szkła, sprowadzanego z hut zachodnioeuropejskich. Wspaniałość stołu i szczodrobliwość króla Bolesława tak opi­sywał Gall Anonim: „Dwór zaś swój tak porządnie i tak okazale utrzymywał, że każdego dnia powszedniego kazał zestawiać 40 stołów głównych, nie licząc pomniejszych; w tym wszystkim nic jednak nie wydawał z cudzych lecz wszystko z własnych za­sobów.

METALOWE NACZYNIA

Najczęściej bywały nie polewane, a surowe, wypalane, za to prawie wszystkie zdobione w rozmaite fryzy i wzory, co do­brze świadczy o poczuciu estetycznym naszych praojców. Oprócz garów,garnków i garnuszków, bezpośrednio do jedzenia używa­no mis i miseczek o rozmaitej głębokości i pojemności. Używano również talerzy drewnianych, takoż z drewna strugano czerpaki i łyżki, przystrajając je nacięciami.Rzadkością bywały naczjmia metalowe: kotły i kociołki, po­chodzące zapewne z „importu” od ludów o wyższej kulturze materialnej. Były one traktowane jako rzecz niezwyczajna i cen­na, o czym świadczą liczne blaszane „przylepki”, którymi były starannie łatane w miarę zużywania.

Owocowe potrawy

Pewnie nie każdy zdaje sobie sprawę, ale owocowe potrawy jak najbardziej potrafią zaskakiwać. Dowodem na to może być specjalnie utworzona sałatka z dodatkiem rukoli, a także, jako składniku podstawowym truskawek. Oczywiście to nie wszystko, ponieważ dodać można także inne składniki oraz podstawę, czyli sos winegret. Kolejnym atrybutem wykorzystania owoców staje się przede wszystkim propozycja dopasowania do sałatek owocu, jakim jest ananas. Jest to doskonały składnik, który nadaje słodyczy, a swym smakiem podkreśla charakter. Jest to bardziej składnik potraw hawajskich, aczkolwiek doskonale sprawdza się również z dodatkiem mięs. Można ananasem elegancko przyozdobić kotlety schabowe, które są dodatkowo uwydatnione o plaster lekko roztopionego sera. Takie połączenie smaków staje się bardzo oryginalne i wyrafinowane. Pasuje doskonale na niedzielne obiady jak i specjalne kolacje, które mają na celu prezencję. Spośród dań głównych wzbogaconych o owoce można wyróżnić także zupę kokosową, chłodnik ananasowy, czy też różnego typu surówki.

Tags: , ,

NAPRAWDĘ GROŹNY

Pan przepijał do podróżnego bawiąc rozmową i ta grzeczna, ale nie­ustępliwa, zabawa trwała tak długo dopóki wędrowiec nie zwalił się z nóg lub nie pochorował. Wtedy usatysfakcjonowany Borej­ko powracał do domu nie zaniedbawszy nigdy przysłać służącego do pilnowania podróżnika aż do wytrzeźwienia, aby ten na zdro­wiu i mieniu nie poniósł jakiej straty od przygodnego złodzieja lub łotrzyka. W województwie krakowskim znano dobrze te praktyki i utarło się przekleństwo: „Bodajeś tylego diabła zjadł, jak pan Borejko!”Pijakiem naprawdę groźnym był Adam Małachowski, krajczy koronny: „tego można nazwać zabójcą ludzkiego zdrowia, wielu bowiem ludzi zalanych winem poumierało, niektórzy nawet w jego domu, zasnąwszy raz na zawsze snem śmiertelnym”.

NIE BRAKOWAŁO OKAZJI DO JEDZENIA I PICIA

Trzeba stwierdzić, że w ówczesnych pojęciach europejskich nie było to zjawisko odosobnione ani gorszące.Magnat, o którego przychylność w ten sposób zabiegano, mu­siał legitymować się istotnym znaczeniem politycznym, wspierać 0    partię za nim stojącą. W warunkach „złotej wolności” zabiegał więc o szeroką popularność pośród szlachty, której wmawiano, iż „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”, o czym ta ciemna obskurancka rzesza była święcie przekonana. By więc zdobyć  utrzymać stronników, możny pan zajmujący się polityką nie żałował jadła i napitku, o równości szlacheckiej gładko mówił, więcej zasłużonym sobie i swojej sprawie realnie okazywał wdzięczność.Nie brakowało przeto pięknych okazji do owego jedzenia i picia.