NAPRAWDĘ GROŹNY

Pan przepijał do podróżnego bawiąc rozmową i ta grzeczna, ale nie­ustępliwa, zabawa trwała tak długo dopóki wędrowiec nie zwalił się z nóg lub nie pochorował. Wtedy usatysfakcjonowany Borej­ko powracał do domu nie zaniedbawszy nigdy przysłać służącego do pilnowania podróżnika aż do wytrzeźwienia, aby ten na zdro­wiu i mieniu nie poniósł jakiej straty od przygodnego złodzieja lub łotrzyka. W województwie krakowskim znano dobrze te praktyki i utarło się przekleństwo: „Bodajeś tylego diabła zjadł, jak pan Borejko!”Pijakiem naprawdę groźnym był Adam Małachowski, krajczy koronny: „tego można nazwać zabójcą ludzkiego zdrowia, wielu bowiem ludzi zalanych winem poumierało, niektórzy nawet w jego domu, zasnąwszy raz na zawsze snem śmiertelnym”.

KUFELEK I TRĄBKA

Rzeczywiście, po wychyleniu kilku takich naczyń trudno było utrzymać się na własnych nogach. Czasy saskie więcej niż jakiekolwiek inne lubowały się w wy- stawności ucztowania, stąd naczynia do picia, a zwłaszcza piwa, musiały przybierać niezwyczajne formy: „kije szklane, długie z gałką na końcu obszerną, kwartę piwa zajmujące, kufelki z rurkami, którędy pić trzeba było, trąby i waltornie i szklanice półgamcowe o trzech obrączkach. Kij, kufelek i trąbka nie tak były przykrym naczyniem z przyczyny trunku, bo go niewiele zawierały, jako bardziej z sposobu picia, który był uprzykrzony, pijąc z kija albo trąbki trzeba się było dziwnie łamać i wyprężać w tył.

PUCHARY W SASKICH CZASACH

Puchary w saskich czasach bywały podobne temu, jaki opisuje w Encyklopedii Staropolskiej Gloger: wraz ze swą kryształową pokrywą puchar ten liczył 49 cm wysokości, u brzegu miał 15 cm średnicy, a mieściło się w nim 3 litry napoju. Oprócz stosow­nych herbów i ozdób napisy na pucharach były najczęściej łaciń­skie, czasami jednak trafiały się i polskie, jak: Mam tego za ba i bardzo, jako się on zowie,Który duszkiem nie wypił przyjacielskie zdrowie.W Moritzburgskim myśliwskim pałacyku Augusta II obok kolekcji podobnych „wilkomów” znajdowała się specjalna księga, do której wpisywali się panowie dotrzymujący królowi towarzy­stwa przy kielichu, a na tyle panujący jeszcze nad sobą, by móc pióro w ręku utrzymać.

NIE BRAKOWAŁO OKAZJI DO JEDZENIA I PICIA

Trzeba stwierdzić, że w ówczesnych pojęciach europejskich nie było to zjawisko odosobnione ani gorszące.Magnat, o którego przychylność w ten sposób zabiegano, mu­siał legitymować się istotnym znaczeniem politycznym, wspierać 0    partię za nim stojącą. W warunkach „złotej wolności” zabiegał więc o szeroką popularność pośród szlachty, której wmawiano, iż „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”, o czym ta ciemna obskurancka rzesza była święcie przekonana. By więc zdobyć  utrzymać stronników, możny pan zajmujący się polityką nie żałował jadła i napitku, o równości szlacheckiej gładko mówił, więcej zasłużonym sobie i swojej sprawie realnie okazywał wdzięczność.Nie brakowało przeto pięknych okazji do owego jedzenia i picia.

W PAŁACACH I ZAMKACH

Kiedy gościem był wyższy duchowny, na „piramidzie” znajdowały się krzyże, infuły, po­bożne wizerunki. W czasie uczt ślubnych symbole i postacie alegoryczne wysławiały „gorącość uczuć”. W czasie styp były wy­obrażone symbole żałoby i wspomnienia czynów zmarłego. „Przy­był poseł od Porty (z Turcji) i na wyprawionej dla niego uczcie, zdziwiony ujrzał cały widok Stambułu i monarchę swego, wśród otaczającego go dworu.” W pałacach i zamkach pańskich sala bankietowa bywała cen­tralnym miejscem, najpiękniej zdobionym i najprzestronniej­szym. Tu stały w podkowę otoczone krzesłami i ławami stoły, nakryte tureckimi makatami, na których przed bankietem roz­kładano białe obrusy jeden na drugim, zdejmowane kolejno z każdą potrawą .

ZASOBNE SPIŻARNIE

Powróćmy jednak do spraw kuchennych. „W wielkich spiżar­niach na drągach wisiały kuropatwy i inne ptactwa dzikie, na marmurach leżała zwierzyna i mięsiwo, przed kuchnią na szubie- nicy (przypominającej nasze trzepaki) wisiały dziki, łosie, jelenie, sarny zbywające, do dalszego użycia.” O takich właśnie magna­ckich spiżarniach opowiada anegdota. Król Władysław IV z żonką Cecylią Renatą i licznym dworem czas dłuzszy zabawił w gościnie u Kazimierza Lwa Sapiehy w Różanie. Na wyjezdnym król rzecze żartem: „Objedliśmy podkanclerzego, czas wyjeż­dżać!” Wtedy Sapieha poprowadził króla do spiżarni mieszczącej się w trzypiętrowych piwnicach pod zamkiem i pokazał złożone zapasy. Zadziwiony król klasnąwszy w dłonie zawołał: „Mybysmy podkanclerzego i przez cały rok nie objedli!”